piątek, 21 listopada 2014
Z Drewniakiem u Scheiblera

Czasem lubię zabrać na jakiś spacer "Drewniaka". Drewniaka, czyli wielkoformatową klasyczną kamerę drewnianą z przełomu XIX i XX wieku. Taką, którą zapewne większość z Was kojarzy z widoku fotografa operującego przy jakimś pudle na trójnogu, a tenże pan fotograf jest jeszcze nakryty kocykiem. W tym wypadku była to kamerka FK z początku lat 30-tych z kompletem różnych szkieł, tu konkretnie z Xenarem 4,5/180. W sumie jest to fajna odskocznia od dość prostego współcześnie procesu wyboru kadru i wykonania zdjęcia. Czasem lubię sobie przypomnieć korzenie tego wszystkiego co sprawia mi tyle przyjemności. A, że uważam to za całkiem fajne, to dziś chwilkę o tym samym procesie - czasem bardzo zabawnym, czasem szalenie irytującym, a czasem cholernie rozczarowującym lub dającym kupę radości jak wszystko się uda. Dla osób, które czasem mają z tym zjawiskiem styczność lub używają takich aparatów częściej tekst będzie głupawy zapewne, ale dla nowicjuszy może okazać się interesujący. Także na ostatnią wizytę w Zjednoczonych Zakładach Scheibler & Grohman zabrałem właśnie "Drewniaka".

No więc niby idziemy sobie w plener jak normalnie, ale jednak już na samym początku jest ciut inaczej. Aparat jest wielki, zwykle tacha się go w ciężkim plecaku. Nie da się podejrzeć kadru bez rozstawienia całej aparatury. No i do dyspozycji mamy tylko kilka strzałów, w moim wypadku są to obecnie trzy dwustronne kasety - jednym słowem - do dyspozycji mam 6 strzałów. Załóżmy, że jakiś kadr już nam się w głowie urodził, więc rozkładamy działo fotograficzne, wskakujemy pod kocyk i misternie celujemy. Oczywiście nic nie widać, bo kocyk puszcza światło, a na profesjonalny zawsze szkoda kasy. Chowamy się pod własną bluzą zatem i coś tam już widać lepiej. No dobra. Mamy kadr.

O ile to widoczek to spoko, ale przecież można sobie ustawić jakiegoś człowieka, co by nudno nie było. To ustawiamy - błagając go oby usadowił się wygodnie i tylko tak, żeby broń boże pod żadnym powodem nie ruszył głową przód/tył. Wskakujemy pod kocyk - ostrzymy w punkt, który nas interesuje. Dla jaj, możemy się pobawić jeszcze pokłonami ścianek w każdej płaszczyźnie, ale grozi to śmiercią z nudów naszego modela/modelki. Po kilkunastu minutach wreszcie może już coś mamy. Jak mamy to blokujemy machinę na amen i możemy ładować kasetę. Jak nie mamy - spacerujemy dalej z rozłożonym fotopudłem. Zakładamy jednak, że jest OK i możemy focić. Wyskakujemy spod kocyka, zamykamy obiektyw. Trzęsącymi się łapami ładujemy w pudło kasetę z filmem. Mamy 1 strzał. Modlimy się, żeby model się nam nie przesunął, bo głębia ostrości gdy focimy na dużych dziurach robi się dramatycznie ciasna.  Oczywiście statyw może puścić, albo np. coś w aparacie może się poluzować przy tym gdy pakujemy kasetę weń. Przecież ona nigdy nie wchodzi gładko, tylko zawsze trzeba się szarpać i syczeć na skraju szaleństwa. Wyrwać można sam dekiel, można zrobić zdjęcie zapominając o odsłonięciu kasety. Można nie zamknąć obiektywu przed wyjęciem dekielka z kasety. Można spaprać każdy krok na 10 różnych sposobów. Oczywiście sama kaseta też może okazać się nieszczelna i mimo, że wykonaliśmy zdjęcie poprawnie, to zaświetli nam się klisza/płyta przez dziurki w jej budowie. I spaprze nam fotę. Przypominamy modelce o tym, żeby nie zamykała oczu, walimy migawką. Zamykamy kasetę i szybko chowamy ją do torby/plecura. I voila! Zrobiliśmy fotę.

Telefonem zajęło by to pewnie z ... 10-20 sekund, nam przy szybkiej pracy conajmniej z kwadrans. Slow photography :) A to dopiero początek, bo później kiedyś musimy te klisze wywołać, a dalej postanowić jak uzyskać obraz - zrobić stykówkę, powiększenie czy może po prostu zeskanować negatyw i resztę uzyskać na kompie. Jednak jak wszystkie te kroki przejdziemy pomyślnie, a pomysł był spoko i wykonaniem nie zawiedliśmy - obraz na pewno Was mile ucieszy. A później zadowoleni odstawicie "Drewniaka" na półkę i weźmiecie na kolejny spacer swój ulubiony aparat. Tyle na dziś, nie będę Wam przynudzał :) Jak komuś się spodobało, to możecie rzucić okiem na Through the Ground Glass - pięknie oddaje ten klimat.

Technicznie: FK 13x18 cm, Fuji RX (rtg), R09 / Epson V600

Podobne:



sobota, 18 października 2014
Orzeł Łódź

Ponoć historia sportu żużlowego w Łodzi sięga lat 40-tych XX wieku. Pierwszym klubem był "Tramwajarz Łódź", a przez kolejne lata pojawiały sie i znikały różne inne kluby - jak Gwardia, JAG Speedway czy ŁTŻ. Obecnie mamy "Orła Łódź" - który istnieje od 2005 roku. Żużlowcy Orła Łódź jeżdżą na torze na stadionie przy ul. 6-go sierpnia 71. Jest to jedyny tor żużlowy w mieście.

Spacerując jesiennym Parkiem Poniatowskiego trafiłem na fankę Orła Łódź wracającą z meczu ligowego w leniwym popołudniowym słońcu. Udało się namówić do portretu i tak powstało to zdjęcie. Także dziś nieco inaczej - w kolorze i portrecik. Ale nadal o Łodzi.

Technicznie: Rolleicord Va + Xenar 3,5/75mm na Kodak Portra 160, Epson V600

środa, 10 września 2014
Ostatni gasi światło

Nie mam ostatnio weny na pisanie, to może dziś sam obraz. Łódzka codzienność nieco mnie zżarła ostatnio, ale już chyba będzie lepiej tylko. Negatywów spiętrzyło się od wiosny sporo, zaległości jeszcze więcej. Dziś taki typowy łódzki widoczek. Ktoś wyszedł 15-20 lat temu i tak zostało. Inkubator.

Miejsce znane i lubiane - Zjednoczone Zakłady Scheibler & Grohman w Łodzi.

Technicznie: Rolleicord Va + Xenar 3,5/75mm na Fuji Acros 100, Ultrafin Plus 1+6/20C/8,5'

Zobacz także:



| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Fotografia:
O Kresach
O Łodzi:
Podróże:
Polecam:
Pozostałe miasta: