piątek, 25 września 2015
Wystawa w AOIA

Od jutra do końca października w Akademickim Ośrodku Inicjatyw Artystycznych w Łodzi przy ul. Zachodniej 54/56 (zaraz obok Placu Wolności) możecie obejrzeć skromną wystawę, na którą składają się moje wybrane prace . Prezentowane na wystawie prace są częścią szerszego cyklu "Łódź okiem przechodnia", dokumentującego przemianę Łodzi z miasta fabrycznego w miasto postindustrialne. Fundatorem wystawy jest łódzka strategiczna agencja interaktywna Digital One, a sama wystawa jest zorganizowana przy okazji konferencji TEDx PiotrkowskaStreet. Serdecznie zapraszam!

grafawystawa

poniedziałek, 22 lipca 2013
Certo Certotrop (Bee Bee) 9x12

Tak się jakoś przytrafiło, iż błysnął do mnie z witryny jednego z łódzkich komisów. Wszedłem, rzuciłem okiem. Im dłużej się przypatrywałem, tym bardziej mnie interesował. W końcu uległem, gdy okazał się sprawny mechanicznie, a optyka zdawała się być w przyzwoitym stanie. Do tego w rupieciach na zapleczu znalazły się jeszcze dwie kasety na film. Pozostało tylko utargować cenę, sprzedawca w końcu opuścił ciut i po chwili niosłem go już w plecaku. Mieszkowy Certo, format 9x12. Klasyk dawnej epoki.

Certo Certotrop - widok po rozłożeniu

Aparaty tego typu były niegdyś szalenie popularne. Pierwsza połowa XX wieku to wielka obfitość tego typu konstrukcji wytwarzanych masowo przez dziesiątki, jak nie setki małych, często rodzinnych firm z całej Europy, Wielkiej Brytanii i Ameryki (a zapewne nie tylko). Mimo praktycznie tej samej budowy mnogość stosowanych detali jest zatrważająca i często jeden model aparatu danej firmy występuje w kilkunastu odmianach. Większość z tych małych firm została z czasem pożarta przez większe firmy-matki, przez co dziś ciężko znaleźć materiały źródłowe z tych dawnych czasów. To dlatego właśnie poznałem tożsamość mojego nowego, niemieckiego gościa dopiero po kilku dniach.Firmę łatwo było rozpoznać - niemieckie Certo, ot żadna filozofia, jest logo na obudowie.

Certo Certotrop - widok tyłu z rozłożonym kominem matówki.

Jednak poszukiwania konkretnego aparatu Certo 9x12 były już bardziej żmudne, bowiem oczywiście sami oni naprodukowali ich co najmniej kilkanaście w tym okresie, a każdy z nich dodatkowo występuje w kilku wersjach, odmiennych wzajemnie obiektywami, użytymi migawkami czy choćby faktem modernizacji samego wyglądu aparatów na przestrzeni lat produkcji.

Okazało się, że jest to model Certotrop, zwany czasem inaczej Bee Bee - od nazwy używanej w USA dla wersji eksportowej. Rodzina aparatów Certotrop była produkowana w Dreźnie od 1927 do 1941 roku. Aparat sprzedawano w trzech podstawowych formatach oferowanego kadru: 6,5x9, 9x12 i 10x15 cm - popularnymi wówczas powszechnie. W 1931 roku cała rodzina przeszła modernizacje i wygląd aparatów ciut się zmienił. Jak przystało na konstrukcje z owych czasów, aparaty oferowano również w co najmniej kilku kombinacjach migawek i obiektywów - od bardziej precyzyjnych i droższych, do prostszych i bardziej przystępnych cenowo modeli.

Certo Certotrop - płyta czołowa z obiektywem i migawką.

Konstrukcyjnie jest to przykład typowego dla tego okresu, aparatu mieszkowego. Przenoszony w skórzanym pudełku, w stanie złożonym zajmuje bardzo niewiele miejsca. Format iście kieszonkowy. Dopiero po otwarciu pudełka  i wyciągnięciu miecha rozwija się nam do swej pełnej postaci. Jak na aparat z okresu oferuję całkiem wiele. Do dyspozycji mamy dość szeroki zakres czasów w migawce Compur: T, B oraz czasy 1, 1/10, 1/25, 1/50, 1/100 i 1/200s. Aparat zorientowany jest w pionie, tj. domyślnie robi zdjęcia w pionie, co współcześnie jest raczej niespotykane. Fajnym detalem jest możliwość wymiany całego obiektywu wraz z migawką na inny. Nie było to powszechnym rozwiązaniem w owych czasach w segmencie tanich i średnio drogich aparatów. Body aparatu wykonane jest z aluminium pokrytego skórą. Podwójny wyciąg miecha, czołówka z możliwością podnoszenia w płaszczyźnie pionowej oraz z ruchem na boki. Podgląd kadru - tradycyjnie - na matówce znajdującej się w tylnej ściance aparatu.

Certo Certotrop 9x12 i mniejszy aparat Zeiss Ikonta, dwa typy popularnych kamer z lat 30/40-tych XX wieku.

Aparaty Certotrop sprzedawano równiez pod innymi markami. W Londynie importer Wallace Heaton sprzedawał je pod marką Zodel. Natomiast na rynku amerykańskim w sprzedaży znajdowały się dwa najmniejsze modele aparatów 6,5x9 oraz 9x12 cm. Zwano je Bee Bee - od pierwszych liter importera: firmy Burleigh Brooks.

Pierwsze strzelania testowe już mam za sobą, jednak filmy jeszcze nie wywołane. Wrażenia spoko, na aparacie pracuje się bardzo przyjemnie. Oczywiście zdecydowanie wolniej niż na współczesnych, czy np. przy "foceniu telefonem" no i wypada się troszkę skupić. Zapowiada się jednak obiecująco, także myślę że już niebawem na blogu powinny pojawić się efekty tych prób i zobaczymy wszyscy jaki obraz dawała ta kamerka ;)

Podobne:

niedziela, 09 grudnia 2012
Szklanej płyty czar ...

Czy wykonanie jednego zdjęcia może być naprawdę ekscytujące ? Może. Płyty szklane i walka z nimi w aparacie to swoista podróż w czasie. Jeszcze sto lat temu, płyty fotograficzne były tak powszechnie spotykane jak dziś karty pamięci. Podstawowy materiał do zapisu fotografowanych motywów. Klisza dopiero powoli pojawiała się na horyzoncie, a płyta miała niemalże monopol na praktycznie wszystkich spotykanych formatach. Wpierw karkołomna technika mokrego kolodionu, nieco później żelatyna i tzw. "sucha płyta". Płyty oczywiście produkowały wyspecjalizowane fabryki, ale u zarania dziejów, przynajmniej fotografii, wielu fotografów musiało ten proces przechodzić od samego początku. Jak to wyglądało ? Wybierało się płyty szklane dopasowane do standardu własnego aparatu - w moim wypadku to akurat typowe 13x18 cm. Wpierw oczywiście trzeba było stworzyć odpowiednią emulsję bromosrebrową, którą dzięki żelatynie można było zatrzymać na szklanym podłożu. W detale chemiczne powstawania samej mikstury lepiej nie będę się wdawał, bo przypomina na oko proceder czarnoksiężnika, a ja dodatkowo nigdy orłem z chemii specjalnie nie byłem. Przeskoczmy więc ten krok. Dla porządku dodam tylko, że te które widzicie poniżej były oblane emulsją bromojodowosrebrową amoniakalną, negatywową - opracowaną przez szanownego pana dr. hab. inż. P.N. z Politechniki Wrocławskiej. Emulsja świetna, ale trzeba też i umiejętności aby należycie ją wykorzystać - a tego, póki co, u mnie niestety ciężko uświadczyć - stąd takie, a nie inne efekty.

Fabryka Ossera w Łodzi / grudzień 2012 (powiększ)
Zbyt długo moczone w procesie wywoływania - emulsja zaczęła spływać.

Zakładamy, że posiadamy już odpowiednią emulsję. Czas więc stworzyć płytę fotograficzną. Wpierw trzeba odpowiednio przygotować samą powierzchnię płyty szklanej - odtłuszczyć, umyć - oczywiście efekt końcowy mocno zależy od naszego zaangażowania. Od źle przygotowanej płyty emulsja nam po prostu odpadnie lub spłynie w procesie dalszej obróbki. Samo oblewanie jest równie fascynujące jak każdy z kroków. Zamykamy się w ciemni, mają do dyspozycji dwa stoły mokre - jeden ciepły, drugi schłodzony lodem. Na ciepłym pokrywamy płytkę emulsją stając przed jednym z ważniejszych kroków - idealnym oblaniem. Od niego też wiele zależy - perfekcyjnie jest zrobić to za jednym zamachem uzyskując jednolitą powierzchnie jednej grubości. I tu znowu mamy dziesiątki możliwości, które można spaprać - nierówna emulsja da nierówno pokryty obraz, złe oblanie może nie wypełnić całej powierzchni płyty. Mogą się pojawić wszelkie bąbelki powietrza, pypcie, smugi itd. Płytkę chłodzi się chwilę na stole zimnym i gdy żelatyna powoli zaczyna się ścinać można zaryzykować odłożenie jej do suszenia. Gdy zrobimy to za wcześnie - może nam od razu spłynąć wszystko, skreślając całą wykonaną pracę. Warunki suszenia też są istotne - jeżeli będzie zbyt wilgotno - spłyną, jak zbyt ciepło - spłyną. Załóżmy, że szczęśliwie nam się udało - przed nami prosta sprawa, a mianowicie ładowanie kaset gotowymi już płytami. Rzecz niby prosta, ale też można się zdziwić - a mianowicie jeżeli się tego nie sprawdziło wcześniej płyty mogą nie pasować do kaset, mimo że wymiar teoretycznie się zgadza i jest ten sam. Wystarczy milimetr czy parę niedokładności i płytka nie wejdzie. Dodatkowo na tym etapie szarpania sie z płytą, ktoś niedoświadczony może łatwo porysować delikatną emulsję płyty. Załadowaliśmy, zamykamy szczelnie i chowamy. Ufff ... możemy pomyśleć o zrobieniu zdjęcia :)

 

Fabryka Ossera w Łodzi / grudzień 2012 (powiększ)
Zbyt długo moczone w procesie wywoływania - emulsja zaczęła spływać.

Mamy już załadowane kasety, możemy wiec udać się na zdjęcia. Warto dodać, że oblane płyty są super czułe ... na poziomie całych 3 DIN. Dla porównania do współcześnie używanej skali ASA/ISO to jest czułość na poziomie ok. 1 ASA. Mówiąc w skrócie daje to b. dłuuuuuugie czasy naświetleń w porównaniu do współczesnych standardów, gdzie normalnie pracuje się na czułościach z zakresu 100-200 ASA, a w trudniejszych warunkach używając mocniejszych do osiągając nawet 3200 ASA. Także wrzucamy cierpliwość i nigdzie się nie śpieszymy. Z resztą jednym z fajniejszych aspektów pracy na starym sprzęcie i przy użyciu dawnych technik jest konieczność zwolnienia i zdecydowanie większej atencji. Cierpliwość, uwaga, skupienie, umiejętność koncentracji na wielu detalach - te wszystkie cechy przydają się na co dzień nie tylko w fotografii. Załóżmy, że już sobie coś wybraliśmy do przystrzelenia, pojawia się kolejny problem - jak zmierzyć czas ekspozycji, bo zwykle okażę się że to magiczne 1 ASA jest poza skalą światłomierza. Ustawiamy motyw, kadrujemy, ostrzymy. Wszystko pod kocykiem, jak sto lat temu. Wszystko gotowe. Możemy wykonać zdjęcie. Zamykamy obiektyw do pożądanej przysłony, zakładamy dekielek. Podnosimy matówkę, ładujemy kasetę i odsłaniamy szyberek. Co jeszcze można pomylić ? Np. kasety ... bez większej trudności można zapomnieć, którą kasetę, którą stroną ładowaliśmy ... i dopiero przy wywołaniu okaże się, że np. na jednej klatce mamy naświetlone 3 zdjęcia, a pozostałe są czyste. Gdy już mamy wszystko gotowe wstrzymujemy oddech i wykonujemy machnięcie dekielkiem obiektywu, licząc jednocześnie w pamięci "sto dwadzieścia jeden - sto dwadzieścia dwa ..."

Rower / listopad 2012 (powiększ)
Płytka niedokładnie umyta, widoczne smugi nakładające się z obrazem.
Emulsja nierównomiernie rozprowadzona, widoczne cienie/smugi. Obraz niedoświetlony.

Na tym kroku oczywiście można spaprać o wiele więcej rzeczy. Przy ładowaniu kasety może się nam zgubić ostrość. Możemy źle założyć kasetę, można nie do końca wyciągnąć szyberek - przysłoni się nam część kadru na zdjęciu. Zamykane kasety mogą się np. zaklinować - dekielek nie będzie chciał się domknąć, ew. cała kaseta zaklinuje się w "body" aparatu. Kaseta może nie być szczelna i wpadające przez szczeliny światło urozmaici nam w nieplanowany sposób zapisany obraz.

Wolimierz / listopad 2012 (powiększ)
Płytka niedokładnie umyta, źle oblana. Obraz prześwietlony.
Uszkodzenia fizyczne emulsji przy oblaniu i ładowaniu.



Wykonaliśmy zdjęcie, co wcale nie oznacza, że już nam się wszystko udało. Trzeba je wywołać, aby uzyskać negatyw lub pozytyw. Niesamowitą sprawą jest, że te płyty można wywoływać zarówno na negatyw jak i na pozytyw. Różni się to nieco procesem, ale można od razu dostać obraz w pozytywie na szkle. Aby uzyskać pozytyw stosuje się nieco inne wywołanie, wybielanie i ponowne wywołanie. Wpierw wywołujemy tradycyjnie,  drugie wywołanie poprzedza proces wybielania, a całość odbywa się przy zwykłym świetle. Gołym okiem możemy obserwować proces odbielania, a później samą przemianę negatywu w pozytyw. Wygląda to, krótko mówiąc spektakularnie. Najlepsze efekty cyfrowe współcześnie stosowane w komputerowej animacji bledną w porównaniu z tą przemianą, którą gołym okiem widzimy w kuwetach. Wywołanie pozytywu to ciut trudniejsza sprawa, zostańmy więc przy negatywie. Podobnie jak poprzednio wywołanie to jeden z kluczowych momentów, w których znowu możemy sporo zepsuć, a jednocześnie jest to test tego czy poprzednie kroki zrobiliśmy poprawnie. Szybko bowiem zweryfikujemy, czy dobrze oblaliśmy płytkę, czy dobrze ją wyczyściliśmy, naświetliliśmy i finalnie czy się nam nie pomyliła z innymi kasetami podczas naświetlenia. Zaletą wywoływania płyt - przynajmniej oblanych tą konkretną emulsją - jest to, że można je sobie podglądać w procesie wywołania przy czerwonym świetle. Dzięki temu wołamy tak długo jak trzeba, bez konieczności wołania na ślepo ze stoperem w ręku. Jedyne ryzyko wiąże się z trwałością emulsji na płycie, bowiem zbyt długo moczona może powoli się odlepiać. Wtedy otrzymujemy coś na kształt kożucha na mleku gorącym, na którym mamy nasz obraz utrwalony. Każdy ruch w kuwecie powoduje falowanie tej warstwy, nie sposób ją ponownie ułożyć. Przy wyjęciu wycieka spod niej woda, która może powodować dalsze przesuwanie się obrazu. W efekcie po wysuszeniu powstają kosmiczne "efekty specjalne", które zupełnie niezamierzenie mogą nam spaprać lub wzmocnić obraz.

Długo można by o tym pisać, bo jest to szalenie wciągające. Ciężko sobie jednocześnie wyobrazić, że we współczesnych aparatach ten cały proces to ułamek sekundy, sprowadzający się do jednego wciśnięcia przycisku na obudowie aparatu.  Tyle na dziś, mam nadzieję że nie zanudziłem na śmierć :)

Technicznie: FK 13x18 cm, płyta szklana, emulsja bromojodosrebrowa, Industar-4 4,5/210 mm; R09 1+100/20C

Podobne:

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
Fotografia:
O Kresach
O Łodzi:
Podróże:
Polecam:
Pozostałe miasta: